Welcome in Habana señor Obama

Drukuj

Przez ponad pół wieku wizyta amerykańskiego prezydenta na Kubie mogła być rozpatrywana jedynie w kategoriach politycznego science fiction. Barack Obama lądując na hawańskim lotnisku nie tylko symbolicznie zakończył okres zimnej wojny między tymi krajami, ale także ukazał bardzo wyraźnie główne założenia jego doktryny w polityce zagranicznej. Wizyta prezydenta Stanów Zjednoczonych jest kulminacją trwających od roku relacji amerykańsko-kubańskich, które zostały wznowione w grudniu 2014 po rozmowie Baracka Obamy z Raúlem Castro.

To, co jeszcze parę miesięcy temu można by śmiało nazwać politycznym science fiction, wydarzyło się w ostatnią niedzielę. O 16.29 lokalnego czasu prezydencki Air Force One wiozący na pokładzie całą rodzinę Obamów w komplecie (łącznie z teściową prezydenta) wylądował na płycie lotniska José Martí w Hawanie. Tyle i aż tyle.

Jak zauważył sam Barack Obama w swoim pierwszym przemówieniu na wyspie skierowanym do pracowników ambasady amerykańskiej, ostatnia wizyta prezydenta Stanów Zjednoczonych na Kubie miała miejsce w 1928 roku, jednak urzędujący w tamtym czasie Calvin Coolidge dotarł do Hawany na pokładzie statku wojennego, a cała podróż zajęła mu trzy dni. Środek transportu wybrany do tej podróż to nie jedyna różnica, dzięki której wizyta Obamy jest uznawana przez obydwie strony za „historyczną”.

Po raz pierwszy w relacjach bilateralnych tych dwóch krajów prezydent Stanów Zjednoczonych przybywa na wyspę z agendą, w której nie przewiduje się narzucania własnej polityki. Obama uważa, że taka narracja wyczerpała się, tworząc więcej murów niż przynosząc oczekiwane efekty. Dla poparcia własnej tezy podkreśla, że dziesięciu kolejnych prezydentów Stanów Zjednoczonych uprawiało politykę konfrontacji, która nie doprowadziła do obalenia reżimu Castro. Stąd jednym z głównym założeń jego doktryny politycznej dotyczącej spraw zagranicznych jest przekonanie, że zmiana polityczna (zakładająca implementację demokracji, systemu wielopartyjnego, wolnej prasy) nie nastąpi narzucona z zewnątrz i tym bardziej przy użyciu siły. Obama uważa, że liberalizacja ekonomii oraz bezpośrednie kontakty z wyspą obywateli Stanów Zjednoczonych doprowadzą do realnych zmian o charakterze oddolnym. Stąd nie dąży do zmiany systemu ani na Kubie, ani w Iranie. Jednakże jest głęboko przekonany o tym, że wpływając bezpośrednio na poprawę życia „przeciętnego” Kubańczyka czy Irańczyka, jest w stanie wywołać tzw. zmiany oddolne. Jednym słowem – im więcej relacji handlowych i bezpośrednich interakcji między obywatelami amerykańskimi a narodami, które dotąd przebywały w izolacji politycznej, tym łatwiej o demokratyzację tych społeczeństw. Polityka Obamy jawi się w tym aspekcie jako dużo bardziej dalekosiężna w swej naturze i dająca podwaliny pod budowę społeczeństwa obywatelskiego w krajach do tej pory izolowanych.

W przypadku Kuby wizyta prezydenta Stanów Zjednoczonych jest kulminacją trwających od roku relacji amerykańsko-kubańskich, które zostały wznowione w grudniu 2014, kiedy to rozmowa Baracka Obamy z Raúlem Castro przyniosła koniec trwającej ponad pół wieku zimnej wojny między tymi krajami. Od tego czasu Stany Zjednoczone i Kuba ponownie otworzyły swoje ambasady, a Waszyngton zniósł szereg obostrzeń, które blokowały handel z wyspą oraz uniemożliwiały podróże. Mimo to embargo ekonomiczne narzucone na Kubę nadal nie zostało zniesione (może tego dokonać tylko Kongres), a strona kubańska niezmiennie nie zgadza się na amerykańską okupację Guantánamo.

Wizyta Obamy sprowokowała na wyspie podwyższoną aktywność służb specjalnych, które złożyły wizyty w domach dysydentów informując ich, że jakakolwiek forma ich aktywności w czasie wizyty amerykańskiego prezydenta spotka się z natychmiastowym aresztowaniem. Zgodnie z zapowiedzią, na kilka godzin przed przylotem Obamy doszło do uwięzienia około 60 aktywistów podczas tradycyjnego marszu niedzielnego zorganizowanego przez Damy w Bieli. Większość z zatrzymanych została wypuszczona na wolność jeszcze tego samego dnia wieczorem. Kilkoro z nich, między innymi przewodnicząca Dam w Bieli Berta Soler, walczący o przestrzeganie praw człowieka na Kubie Elizardo Sánchez czy znana blogerka Yoani Sánchez mają spotkać się z prezydentem Stanów Zjednoczonych w ambasadzie amerykańskiej we wtorek.

Obama jest świadomy faktu, że wybiera się w podróż do kraju, w którym łamane są prawa człowieka. Jeszcze w grudniu upominał stronę kubańską, że jeśli sytuacja nie ulegnie poprawie, będzie zmuszony odwołać wizytę. Hawana zignorowała naciski płynące z Białego Domu, a do przyjazdu Obamy i tak doszło. Stało się tak, ponieważ, jak wyraził się jeden z jego doradców, Ben Rhodes, Waszyngton chce, „aby procesu normalizacji nie można było cofnąć”. Obama ma świadomość, że pozostało mu zaledwie dziesięć miesięcy, a jego następcą może być republikanin. Stąd chce dokonać zmian, które będą trudne do odwrócenia dla przyszłej administracji.

Z tej przyczyny spotyka go niemała krytyka ze strony prawicowych ekspertów, którzy twierdzą, że wizytę prezydenta można intepretować jako pewną formę legitymizacji sytuacji politycznej na wyspie. Elliot Abrams, weteran administracji Busha, uważa działania Obamy za niewłaściwe oraz nie zgadza się na porównywanie jego wizyty w Hawanie z podróżą Richarda Nixona do Chin w 1972 roku czy Billa Clintona do Wietnamu w 2000. Deprecjonując wagę Kuby, Abrams w mojej ocenie mija się jednak z prawdą. Wizyta Baracka Obamy w Hawanie jest wydarzeniem historycznym zważywszy dotychczasowe relacje tych dwóch państw, a Kuba, choć mała, zajmowała niewspółmiernie więcej miejsca w agendach kolejnych prezydentów USA niż dużo większe państwa. Działo się tak, ponieważ wyspa pozostawała bastionem rewolucji lewicowej w regionie tuż pod nosem „Wielkiego Brata” i nadal pełni rolę mekki lewicy, a „brodaty bohater z Sierra Maestra” pozostaje „mistrzem rewolucjonistów”. Stąd Fidel Castro, pragnąc podkreślić, że Kuba nadal zajmuje ważne miejsce na mapie światowych ruchów lewicowych, w przeddzień wizyty Obamy spotkał się u siebie w domu z Nicolásem Maduro, wenezuelskim kontynuatorem dzieła Hugo Cháveza.

Zdaniem Petera Kornbluha sami Kubańczycy uważają, że Obama swoim przyjazdem niejako nadaje uprawomocnienie rewolucji. Dla amerykańskiego prezydenta dużo ważniejszy jest jednak „bezpośredni wpływ”, jaki dzięki tej wizycie może wywrzeć na mieszkańcach wyspy. To zadanie może okazać się nie tak trudne, biorąc pod uwagę fakt, że wylądował w jednym z najsilniejszych bastionów obamomanii, gdzie jego jedynym rywalem o serca Kubańczyków pozostaje papież. Jak podkreśla Kornbluh „dla Białego Domu sprawą największej wagi jest budowa kulturowych, ekonomicznych oraz politycznych mostów, po których wpływ systemu amerykańskiego zawita na wyspę”. Kuba, na którą przybył Obama, jest wszakże wciąż dumna ze swojej rewolucji, a amerykański prezydent będzie musiał to uszanować budując swoje mosty.

Czytaj również