Prime time dla populizmów

Drukuj

Europa trzeszczy i trzeszczy coraz głośniej. Powodem są rosnące w siłę populizmy, dla których wrogiem nie jest Rosja czy Państwo Islamskie, ale Europejski Bank Centralny. Czy istnieje wspólny mianownik dla tych zjawisk? Czy możliwe jest wskazanie przyczyn ich powstania i jak groźne mogą się one stać dla przyszłości zjednoczonej Europy?

Znany z humorystycznych wypowiedzi jak na byłego komika przystało, Beppe Grillo, twórca włoskiego Ruchu 5 gwiazd, zauważa, że w Europie nie jesteśmy w stanie wojny z Państwem Islamskim ani z Rosją, naszym głównym wrogiem jest Europejski Bank Centralny. W tej walce Grillo z pewnością widzi jako swojego sprzymierzeńca Aleksisa Tsiprasa, który 26 stycznia objął urząd premiera w Grecji.

Dojście do władzy Aleksisa Tsiprasa wielu komentatorów zmusiło do refleksji nad przyszłością Europy. Obecnie ruchy populistyczne rozwijają się nie tylko na południu Europy boleśnie dotkniętym przez kryzys ekonomiczny. Tego typu procesy są również zauważalne we Francji, czy Wielkiej Brytanii, a na Węgrzech populista Viktor Orbán utrzymuje się u władzy od 2010 roku. Politycy, którzy wykorzystują istniejące niezadowolenie społeczne, i protestują wobec zastałego porządku politycznego, stanowią dzisiaj blisko jedną czwartą miejsc w Parlamencie Europejskim.

Polska oazą antypopulizmu?

Pytając „a co z Polską?” w pierwszej chwili chciałoby się odpowiedzieć powolny wzrost ekonomiczny, spokój i brak niezadowolenia społecznego. My z ruchami populistycznymi w Europie nic wspólnego nie mamy. Ale już odrobinę głębsza analiza pozwala nam przyznać, że w ostatnich dekadach wszystkie liczące się partie na naszej rodzimej scenie politycznej nigdy nie bagatelizowały niezadowolonych obywateli. Naszą formułą od roku 1989 było funkcjonowanie zgodnie z regułami wolnorynkowymi, ale jednocześnie nieustanne negocjowanie z grupami „pokrzywdzonymi”. Niejeden polski polityk trafnie wyczuwając nastroje społeczne był wstanie zbić na nich ogromny kapitał polityczny, czego koronnym przykładem zawsze pozostanie postać Andrzeja Leppera, ale i Jarosław Kaczyński plasuje się bardzo wysoko na tej liście.

Można śmiało powiedzieć, że polski polityk jest bardzo wyczulony na nastroje elektoratu szczególnie w przeddzień wyborów i nie ma problemu z formułowaniem obietnic bez pokrycia. Nie ma to większego przełożenia na rzeczywistość, ale na dłużą metę działa to niczym wentyl regulujący ciśnienie. W konsekwencji, młodzi nie interesują się polityką, ponieważ wiedzą, że nikt za nich nie zapracuje na kredyt, który wzięli na kilkadziesiąt lat do przodu. Ci, którzy zdecydowali się na opcję we frankach po cichu go spłacają dając zarobić bankom. Protestują Ci, którym trudno odnaleźć się w wolnorynkowej rzeczywistości i bronią swojej marnej bo marnej, ale zawsze stabilizacji zagwarantowanej etatem w budżetówce lub przedsiębiorstwie państwowym. To oni zaczynają swoje tańce hulańce, kiedy nowy premier obejmuje stanowisko i wszyscy oglądamy teatrzyk czy kolejny premier ugnie się pod żądaniami związkowców.

W takim modelu funkcjonujemy my. Przyzwyczajenie do obcowania z populizmami, które jednym dają nadzieje, innych drażnią, a po dojściu do rządów nigdy nie doprowadzają do prawdziwego trzęsienia ziemi. Kaczyński z Unii nie wyszedł, najedliśmy się sporo wstydu, ale koniec końców to on musiał dostosować się do powszechnie panujących reguł gry, a nie na odwrót.

Dlaczego Polacy nie rozumieją ruchów niezadowolenia na południu?

Porównywanie się z Europą Zachodnią jest bardzo trudne z kilku powodów. Po pierwsze, polskie społeczeństwo nigdy nie zaznało takiego poziomu dobrobytu, jaki stał się udziałem Greków, Hiszpanów, Portugalczyków czy Włochów w latach 90-tych. A jak wiadomo do dobrego człowiek szybko się przyzwyczaja i źle znosi zmiany na gorsze. Po drugie, wszystkie rządy zagrożone bankructwem zdecydowały się na warunki narzucone przez Berlin, celem uzyskania pomocy finansowej. I realizowały plan oszczędności z dużą bezwzględnością, jednocześnie ignorując coraz bardziej powszechne niezadowolenie obywateli. Opozycja, która w przeważającej mierze dostała po łapach za wywołanie kryzysu, siedziała cicho.

Po trzecie, jak wiadomo w czasach kryzysu biedni biednieją, a bogaci się bogacą, bo wszystko tanieje. To spowodowało, że procent ludzi, których dochody nie pozwalały na przeżycie, rósł proporcjonalnie z procentem osób, których fortuny znacznie się powiększyły. Problem w tym, że sami politycy ramię w ramię z elitami ekonomicznymi, wykorzystali lata kryzysu do zbijania własnych fortun, czego dowodem są obecnie niekończące się afery korupcyjne, które sięgają samych szczytów władzy, żeby wymienić jedynie premiera Portugalii José Sócratesa czy obecnego premiera Hiszpanii Mariano Rajoya.

W rezultacie wraz z piętrzącymi się problemami i brakiem jakiegokolwiek wentyla bezpieczeństwa, zaczęły kiełkować oddolne ruchy protestu. Na ich bazie i z ich poparciem doszło do zaistnienia nowych graczy politycznych. Tworzą oni ruchy, których przekaz Takis Pappas badacz z Uniwersytetu w Salonikach charakteryzuje jako grający na naszych emocjach.

Czy istnieje odgórny schemat dla tych zjawisk?

Równocześnie gro komentatorów stara się wprowadzić pewne ogólne ramy obserwowanych procesów. José Ignacio Torreblanca, dyrektor hiszpańskiego think tanku European Council on Foreign Relations, wytycza linię podziału na te populizmy, które tworzą się w państwach, które dotknął kryzys. Osią ich debaty jest niechęć do trojki i niezadowolenie z planu oszczędnościowego zaproponowanego przez panią Merkel, którego nie chcą już realizować. W tym samym czasie na północy Europy tworzą się ruchy, które nie mają zamiaru już do południa dokładać.

Inny podział przedstawia ekspert Uniwersytetu Londyńskiego – Lasse Thomassen, który kreśli różnice między populizmem prawicowym i lewicowym. Przede wszystkim wrogiem, który napędzą ich retorykę nie jest ten sam podmiot. Populizm prawicowy, który jednocześnie najczęściej posiada charakter nacjonalistyczny, źródła problemów na rynku pracy doszukuje się przede wszystkim w istnieniu tzw. imigracji z zewnątrz i to właśnie ta imigracja zarobkowa staje się naturalnym wrogiem tych ugrupowań. Natomiast tworzący się obecnie populizm lewicowy źródło problemów definiuje odmiennie. Uważa, że winna powstałej sytuacji jest tzw. kasta polityczna, a prawdziwe podziały nie przebiegają pomiędzy prawicą
i lewicą, a między górą i dołem.

Takis Pappas podkreśla, że samo słowo populizm posiada złe konotacje i w ramach tego typu partii należy wprowadzić inny podział, na te których program jest otwarcie antydemokratyczny jak: grecki Złoty Świt czy Ruch na rzecz Lepszych Węgier i te, które chcą grać w ramach obowiązujących reguł.

Pytanie czy tego typu analizy holistyczne mogą się sprawdzić, czy tym czasem nie mamy do czynienia z gorzką prawdą, że każde państwo europejskie to unikatowe warunki dla odmiennych procesów i w tym ich siła napędowa. Koniec dostosowywania się do wspólnej polityki europejskiej, przyszedł czas na realizację naszych postulatów. Jedynym mianownikiem, który udało mi się w ramach tych procesów wychwycić to właśnie charakter narodowy, który posiadają.

Analityk amerykański serbskiego pochodzenia – Branko Milanovic zauważa, że zła sytuacja ekonomiczna w połączeniu z kryzysem demokracji pośredniej, powoduje, że tworzy się podatny grunt dla tego typu ruchów.

Qvo vadis Europa?

W przypadku Europy niewątpliwe należy dodać w tym miejscu podupadający model zjednoczeniowy. A tam gdzie rodzi się pustka powstają nowe twory. Mogą mieć trochę inny charakter, jednak wszystkie one odwołują się do rodzimych wartości. Narodowe interesy tak długo tłumione w obliczu dobra wspólnoty zaczynają zyskiwać na sile, jedni nie są w stanie dotrzymać kroku, inni nie chcą wciąż czekać na maruderów. Przychodzi czas przetasowań, tradycyjne partie polityczne czują się silnie zagrożone, a wspólny projekt Europa nie jest priorytetem w dyskursie nowych liderów. Z pewnością szykują się zmiany, nikt nie wie czy będą długotrwałe, ale ich siła być może stanie się ożywcza dla skostniałych struktur polityki europejskiej. Czas pokaże.