Oburzeni sięgają po władzę

Drukuj

Choć nadal żyjemy rezultatem polskiej niedzieli wyborczej i staramy się zrozumieć procesy, które za nim stoją to bez wątpienia nieporównywalnie silniejsze oburzenie społeczne doprowadziło do istnego „trzęsienia ziemi” na przeciwległej rubieży Europy. Mowa tu o hiszpańskich wyborach autonomicznych przeprowadzonych w minioną niedzielę.

Między innymi do obsadzenia były fotele burmistrzów miast będących stolicami wspólnot regionalnych. Największe emocje wzbudziły tym samym kampanie wyborcze o władzę w największych ośrodkach miejskich w kraju czyli w Madrycie, Barcelonie i Walencji. W ich wyniku do władzy doszli bohaterowie nie tak dawnych zamieszek ulicznych, którzy protestowali przeciwko nieludzkiej polityce cięć rządu oraz pomagali tak zwanym „desahucios” czyli osobom, które znalazły się na bruku po tym jak banki  odebrały im ich domy. Niedzielne wybory zostały zgodnie okrzyknięte przez media hiszpańskie prawdziwym świętem demokracji, gdzie wyborcy doprowadzili do absolutnej zmiany panoramy politycznej zasilając ławy parlamentów regionalnych działaczami miejskimi, którzy wyrośli na wydarzeniach 15M.

Ada Colau – rzeczniczka „nowych bezdomnych” i twarz medialna Oburzonych

Nową burmistrz Barcelony została Ada Colau. Jej wygrana zelektryzowała hiszpańskiego twittera. Zaczęto zamieszczać zdjęcia, na których były widoczne momenty jej aresztowania przez policję podczas licznych manifestacji, w których brała udział. Jednocześnie użytkownicy twittera śmiali się, że od poniedziałku Ada stanie się szefową ludzi, którzy siłą zamykali ją w areszcie. Ada Colau wygrała wybory autonomiczne na czele platformy obywatelskiej Barcelona en Comú (Barcelona Wspólnie). Rozgłos i powszechne uznanie zyskała jako rzecznik organizacji Plataforma de Afectados por la Hipoteca (Platforma Dotkniętych Hipoteką) pomagającej osobom, którym banki odebrały mieszkania z powodu niespłacania rat kredytu. W swoim czasie na łamach El Pais Xavier Vidal-Folch pisał, że „jeśli jesteś „desahucio” w Barcelonie i szukasz pomocy w Urzędzie Miasta automatycznie kierują cię do PAH-u”. Powodem była kompleksowość pomocy jaką poszkodowany mógł tam uzyskać. Działacze tej organizacji nie ograniczali się wyłącznie do organizowania manifestacji, ale oferowali desahucios opiekę prawną.

Manuela Carmena – świadek historii, który niebawem zacznie ją pisać samodzielnie

Madrycką kampanię wyborczą zdominowały dwie panie. Esperanza Aguirre, kandydatka z ramienia PP – partii obecnie rządzącej oraz Manuela Carmen stojąca na czele ruchu Ahora Madrid (Teraz Madryt), który jest w istocie unią dwóch ugrupowań Ganemos (Wygramy) i Podemos (Możemy), które powstały na fali ruchu Oburzonych.

Mimo, iż w wyborach najwyższy wynik osiągnęła Aguirre (34,5%) to jest on zdecydowanie za słaby, aby uzyskać większość w lokalnym parlamencie, nawet biorąc pod uwagę koalicję z Ciudadanos (11,4%). Manuela Carmena z wynikiem 31,8% ma szansę zasiąść w fotelu burmistrza o ile jej kandydaturę poprze PSOE (15,3%). PP nie ustaje jednak w zabiegach mających na celu utrzymanie urzędu, który pozostawał w rękach partii nieprzerwanie od 24 lat, z tego względu stara się skusić PSOE koalicją, w której Aguirre nie zostałaby burmistrzem. Wobec powyższych dylematów media hiszpańskie i serwisy społecznościowe prezentują nader spójne stanowisko przedstawiając Aguirre jako wielką przegraną i wieszcząc Carmenie objęcie urzędu. Prasa o Manueli Carmenie pisze dużo i dobrze. Podkreśla się, że ta siedemdziesięciojedno letnia sędzina na emeryturze przez całe życie prezentowała aktywną postawę obywatelską.  Jako studentka walczyła z frankizmem na uniwersytecie, w okresie transformacji zatrudniła się w kancelarii adwokackiej, która w styczniu 1977 stała się celem ataku terrorystycznego przeprowadzonego z ramienia ultraprawicy. W jego wyniku śmierć poniosło pięciu lewicowych prawników, a całe zdarzenie nazwano „Matanza de Atocha” (Masakrą na Atochy). Pracując w sądownictwie przeciwstawiała się tzw. astillas (dosłownie drzazgom) czyli opłatom korupcyjnym w sądownictwie. W 1986 za swoją działalność otrzymała krajową nagrodę Obrońcy Praw Człowieka. Wraz z początkiem ruchu Oburzonych, mimo słusznego wieku  nie zamierzała przyglądać się z boku i postanowiła wesprzeć demonstrujących.

Lekarstwem na drzemiąca demokrację hiszpańską jest podmuch prosto z ulicy

Resumując, tegoroczne wybory autonomiczne ukazały szereg tendencji. Przede wszystkim dał się odnotować ogromny spadek popularności PP. Mimo, iż nadal jest siłą polityczną, na którą obywatele oddali najwięcej głosów to bezdyskusyjnie utraciła większość i tym samym możliwość rządzenia.  PSOE uzyskała gorszy wynik niż w roku 2011, ale odzyskuje realną władzę. Mimo, że nie można definitywnie orzec o końcu systemu dwupartyjnego to z pewnością nadszedł kres rządów większościowych. Jak zauważa Iñaki Gabilondo, najprawdopodobniej do wyborów krajowych, które odbędą się na jesieni, problem koalicji lokalnych nie zostanie rozwiązany. Zgodnie ze słowami Gabilondo, żadna z partii nie będzie chciała wchodzić w jakiekolwiek układy, ponieważ mogłoby to oznaczać śmierć wyborczą w urnach na jesieni. Stąd najprawdopodobniej do tego czasu będziemy mieli do czynienia z rządami mniejszościowymi, które celem przegłosowania konkretnej ustawy będą poszukiwały jednorazowego wsparcia sił politycznych zasiadających w lokalnych kortezach. Ponadto, do wszystkich parlamentów regionalnych weszły tzw. partie protestu, które powstały na fali niezadowolenia społecznego burzliwie manifestującego się w Hiszpanii w ostatnich latach. Mowa tu o Ciudadanos, Compromiso, ale przede wszystkim o Podemos z nową organizacją  wewnętrzną zakładającą większy wpływ na partię jej członków (przynajmniej w teorii) oraz nowe źródła finansowania takie jak crowdfunding. Jakkolwiek nie ocenialibyśmy tych nowych ugrupowań, nie można zaprzeczyć, że wraz z nimi do wszystkich instytucji demokratycznych w kraju wdarł się „świeży podmuch prosto z ulicy” jak parafrazuje to zjawisko Gabilondo, a uśpionej demokracji hiszpańskiej taka pobudka może tylko wyjść na zdrowie.

Czytaj również