Lewicowy Mikołaj odchodzi z pustym workiem

Drukuj

Ameryka Łacińska po drakońskich dietach serwowanych jej przez neoliberałów w latach dziewięćdziesiątych na długie lata wpadła w opiekuńcze objęcia lewicy. Na czele tej zmiany stanęła Wenezuela. Szczodrze finansując petrodolarami swoje działania oraz pomagając sąsiadom, stała się dzięki temu niekwestionowanym liderem w regionie. Lewicowe szaleństwo trwało blisko dwie dekady. Dzisiaj przychodzi czas podsumowań a przywódcy, którzy w tym okresie sprawowali rządy coraz częściej muszą się tłumaczyć z obecnego stanu regionalnych gospodarek oskarżani o celowe działanie na niekorzyść państwa.

Wenezuela

Dziś, trzy lata po śmierci Hugo Cháveza, jego następca Nicolás Maduro ostatkiem sił walczy o utrzymanie się przy władzy. Powodem jest totalna zapaść kraju, dzień po dniu subsydiowana utopia chavizmu rozpada się niczym domek z kart. Puste półki sklepowe, coraz częstsze przerwy w dostawach prądu (w ramach oszczędności urzędnicy państwowi pracują już tylko w poniedziałki i wtorki), brak wody. Dziś największym luksusem jest własny generator prądu, a koniecznością – zbiornik wody na dachu. Ludzie coraz częściej posuwają się do grupowych grabieży, w kraju panuje chaos. Ibsen Martínez, wenezuelski dziennikarz i komentator, sugeruje, że aby przekonać się czy Maduro ma jeszcze władzę wystarczy podejść do okna i wyjrzeć na ulicę. Caracas jest jednym z najbardziej niebezpiecznych miast na świecie, po zmroku nikt nie waży się wyściubić nosa za próg domu. Międzynarodowy Fundusz Walutowy w swym raporcie wydanym w tym miesiącu szacuje, że do końca roku inflacja w Wenezueli przekroczy 700% i jeśli nic się nie zmieni to w przyszłym powinna osiągnąć 2.200%. I choć z okazji Święta Pracy Maduro zdecydował się podwyższyć o 30% minimalną płacę w sektorze publicznym to de facto pensje Wenezuelczyków plasują się najniżej w całym regionie. Po podwyżce, która w praktyce będzie oznaczała dodrukowanie pieniędzy, pracownicy budżetówki dostaną wraz z bonem żywnościowym w przeliczeniu około 114 złotych polskich.

Nawet najbardziej zatwardziali zwolennicy chavizmu przestają wierzyć w zapewnienia Maduro o spisku imperialistów. Opozycja, której w grudniu udało się wygrać wybory do parlamentu i zdobyć w nim większość, dąży do zorganizowania referendum. Wenezuelczycy mieliby w nim zadecydować czy chcą skrócić kadencję obecnego prezydenta, która wygasa w 2019 roku. Aby rozpocząć taką procedurę należy zdobyć 197.978 podpisów (1% spisu wyborczego kraju). Na listach w rekordowym czasie podpisało się 1,5 miliona obywateli, choć może się to wiązać z przykrymi konsekwencjami dla sygnatariuszy. Podobna próba podjęta jeszcze za kadencji Cháveza skończyła się zwolnieniami ludzi, którzy znaleźli się na liście, a jednocześnie pracowali w budżetówce. Obecnie Maduro robi wszystko, żeby spowolnić całą procedurę i odwlec przeprowadzenie ewentualnego referendum na kolejny rok. W takim wypadku nie byłoby możliwe rozpisanie nowych wyborów, a do końca kadencji zastąpiłby prezydenta jego zastępca. Jakkolwiek potoczą się losy samego referendum Wenezuela bezpowrotnie straciła swoją pozycję w regionie, a jej rola jako głównego eksportera rewolucji boliwariańskiej brzmi dziś niedorzecznie, bo któż chciałby kupić taki trefny produkt.

Brazylia

Następczyni oraz kontynuatorka polityki Luli da Slivy, Dilma Rousseff podobnie jak Nicolás Maduro walczy o utrzymanie stanowiska, a jej los wydaje się równie niepewny jak jej wenezuelskiego odpowiednika.

Fernando Henrique Cardoso, socjaldemokrata i bezpośredni poprzednik Luli da Silvy na fotelu prezydenckim, pytany o obecną sytuację w kraju odpowiada, że „ani teraz nie jest tak źle, ani wcześniej nie było tak kolorowo jak to Lula malował”.

W istocie wielu brazylijskich komentatorów podkreśla, że polityka jaką realizował da Silva, a w późniejszym czasie jego następczyni Dilma Rousseff, to w istocie przejadanie owoców racjonalnego zarządzania ich poprzednika. Gdy w 1995 roku z ramienia Brazylijskiej Partii Socjaldemokratycznej Cardoso doszedł do władzy jednym z jego głównych celów stało się zredukowanie inflacji do wartości jednocyfrowej. Już w 1996 roku udało mu się zejść z 22% do 9,1%, a w 1998 roku nawet do 2,8%. Prywatyzacje oraz przyciągnięcie inwestycji zagranicznych polepszyły stan budżetu oraz przyczyniły się do wzrostu konsumpcji. Niemniej jednak nie uniknął porażek. W czasie jego kadencji zadłużenie kraju wzrosło z 14% PKB w 1994 do 55,5% w 2000, jednocześnie bezrobocie zwiększyło się do 7%. Zdaniem samego Cardosa, Lula obejmując urząd prezydenta uwierzył, że łatwo dostępne i subsydiowane przez państwo kredyty staną się siłą napędową gospodarki. Stymulowanie w ten sposób konsumpcji okazało się tylko do pewnego stopnia skuteczne i nie odniosło planowanego sukcesu ze względu na brak inwestycji oraz unikanie za wszelką cenę reform oraz prywatyzacji przedsiębiorstw państwowych. Jednocześnie da Silva błędnie założył, że kryzys, który zaczął się w Stanach i dotknął cały świat zachodni de facto oznaczał koniec hegemonii krajów północy na rynkach światowych. Takie założenie okazało się dalece przedwczesne i choć relacje na linii południe-południe bez wątpienia są dla Brazylii ważne i przyszłościowe to z pewnością nie za cenę pogorszenia kontaktów z Zachodem.

Dilma Rousseff chcąc kontynuować rozdawniczą politykę jej poprzednika napotykała coraz większe problemy, w konsekwencji starała się kamuflować deficyt i dziury w budżecie. Nie pomógł jej także wybuch ogromnego skandalu korupcyjnego związanego z Petrobrasem, instytucją którą kierowała przed objęciem stanowiska prezydenta. Rządząca Partia Pracujących (PT) musi obecnie mierzyć się z coraz cięższymi oskarżeniami. Zaplątany w aferę korupcyjną jest skarbnik PT João Vaccari oraz sam Lula, który chcąc uciec przed wymiarem sprawiedliwości stara się o tekę ministra.

Ostatecznym ciosem, który wydaje się, że pogrzebie największą partię lewicową w regionie jest sprawa impeachementu pani prezydent. W nocy z 11 na 12 kwietnia tego roku specjalna komisja przegłosowała rozpoczęcie procedury i od tego momentu sprawą ma się zająć Izba Deputowanych. Sprawa impeachmentu Dilmy Rousseff obrasta w kontrowersje, ponieważ po każdej stronie nie brakuje osób oskarżanych o korupcję. Brazylijczycy nie chcą Dilmy, ale równie krytycznie oceniają polityków, którzy chcą przyjść na jej miejsce. W parlamencie brazylijskim zasiada dziś 30 różnej maści ugrupowań, które zgodnie ze słowami byłego prezydenta Cardoso nie są partiami, ale przypominają raczej grupy interesu zasadzające się na swoją część łupu jakim jest budżet kraju. Michel Temer – człowiek, który najpewniej obejmie po pani prezydent stanowisku to jej zastępca, koalicjant i bliski współpracownik, który pracował dla niej przez ostatnie dwie kadencje. Choć jego ugrupowanie, Partia Ruchu Demokratycznego Brazylii (PMDB), wyszło z koalicji rządzącej tuż przed rozpętaniem się skandalu nie zmienia faktu, że przez ostatnie lata u władzy kradło ile wlezie. Zgodnie z tzw. Panama Papers najwięcej brazylijskich polityków, których nazwiska zostały wymienione w tych dokumentach przynależy do partii wiceprezydenta Temera. Co więcej, większość z tych osób jest jednocześnie powiązana ze skandalem Petrobrasu.

Brazylijczycy mają dość, są zmęczeni klasą polityczną, która zajęta jest jedynie napychaniem sobie własnych kieszeni. Wyczuwalna jest potrzeba zmiany, stąd coraz większą popularność zaczyna zyskiwać sędzia Sérgio Moro prowadzący sprawę Petrobrasu i przez wielu Brazylijczyków odbierany jako symbol potrzebnej odnowy życia publicznego.

Tymczasem tonący brzytwy się trzyma, z okazji Światowego Dnia Pracy pani prezydent obiecała Brazylijczykom podwyższę o 9% programu socjalnego Bolsa Família, rozpoczęcie nowych etapów w programach mieszkalnych subsydiowanych przez państwo: Minha Casa oraz Minha Vida, a także dalsze korzyści podatkowe dla klasy średniej i niższej. Raz jeszcze cisną się nieuchronne porównania z prezydentem Maduro, który także z okazji 1 maja przyobiecał podwyżkę płac choć wszyscy wiedzą, że worki obydwu Mikołajów są od dawna puste.

Argentyna

Trzecią potęgą lewicową, która w ramach starego schematu relacji w regionie, blisko współpracowała
z Wenezuelą oraz Brazylią była oczywiście Argentyna. Duet państwa Kirchnerów przejął stery władzy tuż po kryzysie ekonomicznym kiedy to kraj był zmuszony ogłosić swoje bankructwo. Néstor objął urząd prezydenta w 2003 roku, w 2007 zastąpiła go Cristina sprawując tą funkcję przez dwie kolejne kadencje, aż do 2015 roku. Dziś była pani prezydent musi tłumaczyć się przed sądem federalnym ze sprzedaży tzw. „dolarów przyszłości”. W tym procesie zarzut defraudacji środków publicznych został już przedstawiony jej bliskim współpracownikom: Axelemu Kicillofowi –ex ministrowi gospodarki oraz Alejandrowi Vanoli – byłemu prezesowi Banku Centralnego. Dodatkowo jest oskarżona o bliskie powiązania z Lázarem Báezem, multimilionerem, który dorobił się fortuny w czasach urzędowania Kirchnerów w branży budowniczej, a dziś jest bohaterem największego skandalu korupcyjnego w kraju. Równolegle, na podstawie informacji z Panama Papers zarzut posiadania firmy w raju podatkowym został postawiony obecnemu prezydentowi Argentyny Mauriciowi Macriemu.

Niemniej jednak pozycja Macriego wydaje się nie być zagrożona, choć on sam ma przed sobą długą i niełatwą drogę do przejścia. Wydana w ubiegłym miesiącu przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy „Panorama Ekonomiczna dla Ameryki Łacińskiej oraz Karaibów” ocenia kroki podjęte przez argentyńskiego liberała bardzo pozytywnie uznając je „ za ambitną i niezbędną transformację w celu wyeliminowania nierówności na poziomie makroekonomicznym, które posiadają negatywny wpływ na poziom inwestycji i konkurencję”. MFW chwali Macriego za demontaż systemu protekcyjnego, jednakże sama organizacja wzbudza mieszane uczucia w kraju, gdzie jej rekomendacje w latach 90-tych doprowadziły do bankructwa państwa w 2001 roku. Cristina Kirchner otwarcie walczyła z MFW, Macri natomiast wydaje się prowadzić politykę bliską założeniom Funduszu. Dodatkowo unieważniono dług, który Argentyna posiadała w ramach tzw. „funduszu sępa” (vulture fund). Pozwala to powrócić jej na międzynarodowe rynki kapitałowe oraz odzyskać utraconą pozycję.

Niezależnie od dobrych ocen i nagród będzie trzeba sporo poczekać na efekty reform wprowadzanych obecnie przez prezydenta Macriego. Nadal bardzo wysoka jest inflacja (kształtuje się na poziomie 25%, choć rząd Argentyny obawia się, że do końca roku może ona wzrosnąć do 30%). Stąd przy tak dużym wzroście cen zmiany wprowadzone przez Macriego pozostaną niewidoczne dla dużej części społeczeństwa. Istnieje także duże ryzyko zewnętrzne jakim dla Argentyny pozostaje kryzys ekonomiczny i polityczny w Brazylii – głównego odbiorcę argentyńskich dóbr eksportowych.

Mimo to Argentyna traktowana jest jako pionier zmian w regionie. Dotychczasowa polityka rozdawnictwa i protekcjonizmu rozkłada na łopatki jedną po drugiej bogate w surowce i zasoby potęgi gospodarcze. Zmiana jest konieczna, choć wiadomo, że na poprawę sytuacji trzeba będzie długo poczekać. Przykład Hiszpanii pokazuje, że brak rządu od prawie pół roku nie wpływa znacząco na gospodarkę, gorzej gdy sami politycy zaczynają przy niej za dużo majstrować, wtedy możemy obudzić się w zatopionej w chaosie Wenezueli.

Czytaj również