Koalicyjna odyseja po hiszpańsku

Drukuj

Zgodnie z prognozami w ostatnią niedzielę hiszpański system dwupartyjny został przełamany. Dwa nowe ugrupowania, Podemos i Ciudadanos, odebrały część głosów ludowcom i socjalistom tym samym stając się odpowiednio trzecią i czwartą siłą w Kongresie Deputowanych. Najpewniej przed Bożym Narodzeniem nie dowiemy się czy Mariano Rajoy dostanie zielone światło na stworzenie rządu, który nawet przy poparciu C’s będzie mniejszościowy. Koalicyjna odyseja to jeden z najbardziej widocznych skutków przełamania systemu tradycyjnie wymieniających się u władzy dwóch sił politycznych. Jednakże wczorajsze wybory parlamentarne to w istocie finał blisko dwuletnich politycznych zmagań, które raz jeszcze udowodniły, że walczyć należy do końca, nawet gdy wynik wydaje się być od dawna przesądzony.

W listopadzie 2011 roku Mariano Rajoy, lider Partii Ludowej, poprowadził swoją formację po pełne zwycięstwo. Po wyborach powszechnych,w których socjaliści odnotowali najbardziej spektakularną porażkę w demokratycznej historii kraju (110 mandatów dla PSOE wobec 186 dla PP) ludowcy przejęli władzę ciesząc się większością w parlamencie. Bez wątpienia powodem tak dużego sukcesu Partii Ludowej był kryzys ekonomiczny, za który powszechnie obwiniano socjalistów z premierem José Luisem Zapatero na czele. Niemniej jednak już wkrótce powszechne niezadowolenie spowodowane implementacją polityki „zaciskania pasa” zbiegło się w czasie z falą afer korupcyjnych w łonie partii rządzącej, które dodatkowo podgrzały nastroje społeczne. Odtąd premier rządu, Mariano Rajoy, musiał mierzyć się nie tylko z dziurą budżetową, ale rosnącym niczym „kula śnieżna” kryzysem politycznym, który dosłownie zatopił ludowców w sondażach.

Do tej pory taki scenariusz okazywał się „wodą na młyn” dla opozycji, której poparcie rosło wprost proporcjonalnie do pogłębiających się problemów partii rządzącej. Tym razem stało się inaczej. Hiszpanie doszli do wniosku, że problem skorumpowania i degrengolady dotyczy po równi prawicy i lewicy, a rozwiązania należy poszukiwać poza tym schematem. Przejawem tych tendencji stały się protesty na Puerta del Sol, które rozpoczęły się 15 maja 2011 roku i dały początek ruchowi Oburzonych. Niniejsze zjawisko prawidłowo zinterpretowało kilku politologów z madryckiego Uniwersytetu Complutense, którzy potrafili zbić na nim własny kapitał polityczny. Tak powstała Podemos, której lider Pablo Iglesias, świadomie zerwał z podziałem na prawą i lewą stronę sceny politycznej i utwierdził Hiszpanów w ich przekonaniu, że elity polityczne należy wymienić. Iglesias argumentował, że to zwykli ludzie płacą za kryzys wywołany przez „tych na górze”, którzy nie tylko z jego powodu nie cierpią, ale się jeszcze na nim bogacą. Odzew był ogromny, organizacja przerodziła się w partię polityczną w styczniu 2014 roku i od tej pory rozpoczął się jej marsz po władzę. W grudniu 2014 roku, zgodnie z wynikami sondażu przeprowadzonego przez hiszpańskie Centrum Badań Socjologicznych (CIS), Podemos stała się pierwszą siłą polityczną, a Iglesias zaczął być postrzegany jako autor „politycznego tsunami”.

Równolegle swoją szansę spostrzegła także pewna mała partia regionalna, która choć w Katalonii powstała dziewięć lat wcześniej to na scenie hiszpańskiej postanowiła spróbować swoich sił właśnie w tym czasie. Był to bardzo dobry ruch. Albert Rivera, lider Ciudadanos, zrozumiał, że wielu Hiszpanów było zmęczonych dotychczasową sytuacją polityczną, ale jednocześnie nie było gotowych na oddawanie rządów w kraju formacji skrajnie lewicowej posądzanej przez wielu o współpracę z Wenezuelą oraz marksistowskie zapędy. W konsekwencji na hiszpańskiej scenie politycznej powstała przestrzeń, którą umiejętnie wykorzystał Rivera. Chociaż samo Ciudadanos postrzegało się jako ugrupowanie centrolewicowe, to w porównaniu z ideologicznymi wycieczkami na lewicowe rubieże uprawianymi przez Podemos, Hiszpanie w naturalny sposób przyporządkowali partię Alberta Rivery do centroprawicy. W konsekwencji C’s stała się przeciwwagą dla ludowców, a na swoje hasło przewodnie wybrała walkę z korupcją. Drugim, równie ważnym priorytetem partii Rivery stała się obrona jedności terytorialnej kraju. Ich troska została doceniona przez Katalończyków podczas wyborów autonomicznych we wrześniu 2015 roku, w których Ciudadanos zasiadła w parlamencie regionalnym jako druga siła polityczna. W tym czasie po władzę sięgnął Artur Mas i to on okazał się być autorem kolejnego kryzysu. A ten podobnie jak poprzednie przesilenia, ponownie doprowadził do zmiany kursu.

Jesienią 2014 roku premier Katalonii próbując przeprowadzić referendum w sprawie niepodległości regionu rozpętał awanturę, w której bezdyskusyjną wygraną została  Soraya Sáenz de Santamaría, wicepremier i prawa ręka Rajoya. Twarde stanowisko rządu i zimna krew Pani minister przestraszyły Masa i jednocześnie przełożyły się na wzrost poparcia dla ludowców. Hiszpanie doskonale wiedzieli, że w walce z nacjonalistami katalońskimi i baskijskimi od zawsze bezkonkurencyjna pozostawała prawica. Stąd Rajoy z człowieka, który pogrążał partię w sondażach okazał się deską ratunku, której kraj niezwłocznie potrzebował. PP, która jeszcze w grudniu 2014 przygotowywała się na „chude lata” w opozycji, nagle poczuła „wiatr w żaglach” i zaczęła snuć plan utworzenia rządu koalicyjnego z Ciudadanos. To właśnie, aby udobruchać Alberta Riverę, oskarżającego premiera Rajoya o odpowiedzialność za korupcję w jego formacji, zaczęto rozpatrywać możliwość utworzenia po wyborach rządu na czele z Sorayą Sáenz.

Nie dziwi fakt, że powyższe plany „wzięły w łeb”. Biorąc pod uwagę zmienność politycznych tendencji w ostatnich dwóch latach, hiszpańscy politycy z pewnością nauczyli się, że „nie ma co dzielić skóry na niedźwiedziu”. Chociaż zgodnie z sondażem wyborczym z początku grudnia PP, PSOE i Ciudadanos plasowały się bardzo blisko siebie na podium, a Podemos ze znacznym dystansem dołączała do nich jako czwarta siła w kongresie, to 41% wszystkich badanych, którzy głosować chcieli acz jeszcze nie wiedzieli jak, okazał się decydujący. W konsekwencji trzecie miejsce zgarnęli populiści z Podemos uzyskując 69 miejsc w parlamencie, o 29 więcej niż faworyzowana w sondażach Ciudadanos. Ludowcy osiągnęli najlepszy wynik uzyskując 123 mandaty, a za nimi socjaliści z PSOE musieli zadowolić się wprowadzeniem 90 posłów do kongresu.

Bezdyskusyjny koniec rządów dwupartyjnych jest obarczony wielką niewiadomą. Hiszpanie cenią sobie rządy większościowe. Już w drugiej połowie XIX wieku hiszpański mąż stanu Manuel Canovas stwierdził, że gwarantem stabilizacji rodzimej sceny politycznej jest tzw. zasada „turnizmu”, czyli zmiany u rządów dwóch dużych formacji. Dla wielu potwierdzeniem teorii Canovasa stał się upadek II Republiki, którego przyczyny dopatrywano się w niestabilnych koalicjach i rządach mniejszościowych. Ojcowie konstytucji z 1978 roku mieli ten fakt na uwadze tworząc system, który faworyzował duże formacje polityczne, celem stworzenia systemu dwupartyjnego. Jego koniec oznacza nowy rozdział w historii Hiszpanii, niemniej jednak nie należy popadać w przesadę. W wielu wspólnotach autonomicznych rządy koalicyjne są od lat utartą praktyką i nie przeszkadzają w dobrym zarządzaniu regionem.

Niedzielne wyniki wyborcze nie pozwalają na sformułowanie pewnych prognoz co do charakteru i składu przyszłego rządu. Z pewnością próbę utworzenia gabinetu będzie chciał podjąć Mariano Rajoy, jednakże przy tak słabym wyniku Ciudadanos, nie uda mu się stworzyć rządu większościowego. Lider socjalistów, Pedro Sánchez, najwyraźniej nie będzie mu chciał w tym zadaniu pomóc. Już dziś zaznaczył, że PSOE reprezentuje drugą siłę polityczną i tym samym, także ma prawo do podjęcia inicjatywy w zakresie utworzenia rządu. Jednakże alternatywa socjalistów wydaje się być jeszcze trudniejsza do osiągnięcia. Lider PSOE aby utworzyć koalicję potrzebowałby zgody wszystkich partii mniejszościowych, które znalazły się od wczoraj w parlamencie.

Jedno jest pewne, aby przełamać ten impas, górę będzie musiało wziąć dobro kraju, pozostawiając w tle interesy partyjne. W odwrotnym wypadku, Hiszpanie raz jeszcze przekonają się, że  system wielopartyjny im nie służy i będą musieli przyznać rację Canovasowi.

 

Czytaj również